Twitter – Złoty Graal komunikacji XXI wieku?

armstrongOstatni szczyt Unii Europejskiej okazał się sukcesem w osiągniętym – jak zawsze w bólach – kompromisie. Polski rząd odtrąbił sukces – 105,8 mld euro trafi do Polski w latach 2014–2020. Jednak gwiazdą tego szczytu wcale nie byli politycy, ale narzędzie, z którego korzystali, komunikując się z euroobywatelami. Twitter, bo o nim mowa.

W nocy 8 lutego, zaraz po osiągnięciu porozumienia, Herman Van Rompuy, przewodniczący Komisji Europejskiej, napisał (zaćwierkał) na swoim koncie na Twitterze: "Deal done! #euco has agreed on #MFF for the rest of the decade. Worth waiting for". Wkrótce potem polscy internauci śledzący konto Pawła Grasia, rzecznika polskiego rządu, mogli przeczytać na Twitterze: "SMS właśnie otrzymany od premiera: Załatwione!!!!!" Czyżby widok zaspanych dziennikarzy podpierających głowy w oczekiwaniu na wiadomość o ustaleniach Komisji Europejskiej, o organizowanej konferencji prasowej, odchodzi do lamusa? Czy klasyczny model komunikacji – polityk  dziennikarz  i dopiero później obywatel – odchodzi w niepamięć? Wciąż rosnąca popularność ćwierkającej platformy mikroblogowej wśród polityków, ekonomistów, przedstawicieli świata kultury, naukowców oraz samych obywateli-internautów każe postawić te pytania. Witajcie w świecie WEB 2.0.

Magia Twittera

Skąd popularność Twittera? Zdaje się, że jest on tak naprawdę przedłużeniem charakteru współczesnego człowieka – jego złożoną, choć dążącą do uproszczenia emanacją. Człowiek XXI wieku znajduje się w nieustannym biegu – wciąż nie ma czasu, mówi sobie i innym "zaraz", "później", a na pewno "nie teraz", wreszcie ciągle jest zmęczony. Do tego nieobce jest mu wrażenie, że cały czas coś mu umyka, że chciałby wiedzieć więcej i szybciej. Mało tego, chciałby również więcej rozumieć – sam chciałby dedukować, wyciągać wnioski – ale z drugiej strony, kiedy znaleźć na to czas? Ponadto niejednokrotnie obiecuje sobie – zwłaszcza w Nowy Rok – że coś nadrobi, czegoś dopilnuje, coś zmieni. Ta nieustanna gonitwa została dostrzeżona przez twórców Twittera, który – jak żadne inne medium społecznościowe – świetnie odzwierciedla ducha współczesnego człowieka.

Dlaczego Twitter?

Twitter ma kilka niepodważalnych zalet. Po pierwsze: szybkość komunikacji. Zanim portale i serwisy internetowe (nie wspominając o tzw. starych mediach – prasie, radiu, telewizji) zaczną huczeć o jakiejś katastrofie, wydarzeniu, decyzji możnych tego świata albo o wypadku popularnego aktora, to społeczność Twittera prawdopodobnie już o tym wie. Dlaczego? Łatwość korzystania z Twittera (surowość połączona z gracją, schludnym wyglądem kokpitu), jego przyjazność (usabilityintuicyjność interfejsu – każdy internauta po chwili wie "co" i "jak" oraz "z kim"), brak rozbuchanych, czasem trudnych w odbiorze ozdobników graficznych, wydłużających tylko czas logowania się na swoje konto i ładowania odsłon (tj. na Facebooku). To wszystko sprawia, że łatwiej skorzystać z nieustannie "ćwierkającej" platformy niż z jakiegokolwiek innego spóźnionego medium. Warto również pamiętać, że ćwierkać może każdy. Twitter nie jest ani instytucjonalny, ani alternatywny. Jest dla wszystkich, którzy są tu i teraz. Twitter jest medium czasu teraźniejszego – nie tego, co było, ani nawet nie tego, co będzie – tylko tego, co dzieje się w danej chwili. Jest stetoskopem rzeczywistości – nie tylko wirtualnej, ale przede wszystkim realnej. Twitter pozwala trzymać rękę na pulsie współcześnie tętniącego, globalnego świata. Przez swoją dostępność, rozpoznawalność, skalę i zakres zaangażowania ludzi na całym świecie.

Po drugie: bezpośredniość komunikacji. Brak pośredników i pełna interaktywność – ja i mój adresat. Prócz nas są setki, tysiące, a nawet miliony – jak w przypadku konta Baracka Obamy – "obserwujących" nas, podążających za nami  – "followersów", którzy z jakichś względów chcą wiedzieć to, co my. Chcą być na bieżąco. Ten system sprawia, że Twitter ma w sobie zakodowaną organiczną łatwość budowania wspólnot – zbiorowości znajomych, których łączy przede wszystkim informacja, opinia i poglądy. A więc to, co ktoś ma do powiedzenia, do jakich informacji ma dostęp. To zupełnie inna logika działania niż w przypadku Facebooka, który stał sie medium filozofii życia, autoprezentacji, samokreacji. Na FB ważne jest to, kim jesteś – jaki jesteś – co lubisz, jak wyglądasz, kogo znasz. Na Twitterze przeciwnie: jesteś tyle wart, ile twoje ostatnie tweety – jak bardzo twoje konto zasobne jest w ciekawą treść – interesujące wiadomości, opinie, poglądy, dostrzeżone zjawiska. Tylko to się liczy. Na tym buduje się opiniotwórczość twitterowiczów. Lider wśród twitterowiczów to ten, który ma najwięcej "followersów", a więc tych, którzy obserwują jego konto. Na początek wystarczy znane nazwisko, jednak później potrzebne są wiadomości – tweety – które decydują o popularności, dodają coś do tego fenomenalnego dyskursu zagregowanych informacji i opinii o tym, co się dzieje tu i teraz.

Po trzecie: konkretność (skrótowość). Twitter to nie miejsce dysput. Tu nie umieszcza się elaboratów, wypowiedzi pogłębiających zrozumienie rzeczywistości poprzez większą liczbę znaków. Nie od dziś wiadomo, że zawsze można powiedzieć coś krócej i przeważnie będzie to z korzyścią dla tego, o czym ktoś mówi. Wszystko co ważne można powiedzieć krótko. Innymi słowy: kawa na ławę. Do tego zachęcają twórcy Twittera. Ba, zmuszają! – poprzez ograniczenie liczby znaków znajdujących się w jednym tweecie. 140 znaków to naprawdę niewiele. Jeśli jeszcze ktoś chce dodać link do jakiejś ważnej informacji, to nawet jeśli użyje "skracacza url", takiego jak np. tinyURL, to i tak tych znaków pozostaje niewiele. Ta konkretność komunikacji jest zaletą Twittera, ale może być także jego wadą. Gdy mowa o skrótowości, może również chodzić o groźbę nieuprawionych uproszczeń czy nawet skrótów myślowych, które mogą oskarżać, wprowadzać w błąd, kosztem fortunności i skuteczności komunikacji. To bardzo realne ryzyko komunikacji za pośrednictwem Twittera, o czym niejednokrotnie przekonali się polscy politycy, na czele choćby z Januszem Palikotem. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, iż można wyróżnić nowy gatunek wypowiedzi medialnej – tweet. I znów: wypowiadanie się w formie 140 znaków stanowi nie lada łamigłówkę. Jest oczekiwaniem od twitterowicza maksymalnego skoncentrowania, myślenia w sposób niezwykle syntetyczny. W czasach, kiedy papier nie jest żadną przeszkodą (wszystko znosi), bo wszystko można nie tylko wydrukować, ale upublicznić, choćby na blogu, zdolność syntetycznego przedstawiania myśli jest na wagę złota. Zresztą tweet odpowiada po prostu na potrzeby współczesnego człowieka, pasuje do kondycji, w jakiej się znajduje. Z jednej strony szybko, łatwo, konkretnie, z drugiej – dużo wiadomości w jednej chwili, które w prosty sposób można pogłębić. To oferuje Twitter – otwarty również na hipertekstualność, dzięki której bez trudu odnajdziemy ważne dane i źródła dla tweetów. Słowem: pogłębimy zrouzmienie informacji/poglądu, kiedy nie starcza nam 140 znaków. Można by rzec, że tweety to zadane do przemyślenia przez współczesnego człowieka tematy-problemy, które w poczekalni do lekarza, podczas zajęć na uniwersytecie, w drodze do domu albo do pracy, mogą stanowić kanwę do refleksji, budować bazę zagadnień, które warto rozważyć, o których powinno się porozmawiać z bliskimi. To niewątpliwa przewaga Twittera nad pozostałymi mediami społecznościowymi.

Po czwarte: Twitter skaraca dystans między uczestnikami komunikacji-interakcji. Konta przedstawicieli najwyższych władz państwowych na Twitterze mają za zadanie poprawić komunikację na linii władza–obywatele (bez niejednokrotnie trudnego i wścibskiego pośrednictwa dziennikarzy), umożliwić prowadzenie autonomicznej, w pełni kontrolowanej narracji o charakterze sprawowanych obowiązków, realizowanych zadań, spełnianych obietnic (należy jednak pamiętać o tym, by nie wpadać w mit narratologii jako odpowiedzi na wszystkie postawione, a nawet jeszcze niezadane pytania współczesnej postpolityki, jak zdaje się twierdzić w niemal każdej wypowiedzi Eryk Mistewicz, najsłynniejszy narratolog polityczny III RP), wreszcie skracają dystans, ocieplają wizerunek, pozwalają stać się bliższymi, bezpośrednimi w stosunku do każdego obywatela-internauty. Każdy twitterowicz, śledzący oficjalne konta możnych tego świata na Twitterze, czuje pod swoimi palcami trzymanymi na klawiaturze możliwość, szansę, okazję do bezpardonowego zadania pytania, skrytykowania, podzielenia się uwagą z tymi, których zapewne nigdy nie spotkałby na żywo. To demokratyzuje dyskurs na linii władza–społeczeństwo. To ogromna wartość dodana. Inną kwestią jest to, czy właściciel konta odpisze, ustosunkuje się do wpisu obserwujących go internautów. Nie jest tajemnicą, że na Twitterze bardzo trudno prowadzi się dyskusje – po prostu nie do tego został on stworzony. Można raczej mówić o wymienianiu spostrzeżeń czy stanowisk, natomiast nie o żywej dyskusji, jaką można obserwować np. na profilach Facebooka.

Po piąte: powszechność. Wszędzie, gdziekolwiek, kiedykolwiek, o każdej porze dnia i nocy. Zawsze ktoś tweetuje, zawsze ktoś śledzi, obserwuje, czyta, przekazuje dalej. To agora, która nigdy nie zasypia. Jej uczestnikom nigdy nie brakuje tematów, wreszcie nigdy się nie nudzi, bo – jak wspomniano wcześniej – Twitter pozwala człowiekowi XXI wieku mieć wrażenie trzymania ręki na pulsie tętniącego, globalnego świata, który dzieje się tu i teraz – na Twitterze.

Do czego prowadzi Twitter?

Oprócz wielu zalet, jakie niewątpliwe posiada Twitter, można też dostrzec pewne ograniczenia, wynikające choćby z założeń, jakie poczynili jego twórczy (wspominano o tym powyżej). Warto jednak przede wszystkim odnotować tę największą wadę. W sytuacji, kiedy wszyscy tweetują, to kto tak naprawdę czyta? Kto to wszystko śledzi? Ba, kto to rozumie, kto myśli o tym co przeczytał? Twitter może być i z pewnością jest agorą. Pytanie jednak: jaką? Śledząc wielu tweetujących spośród ogromu dostępnych na Twitterze, nie mogę oprzeć się czasem wrażeniu, że tak naprawdę każdy tam mówi, pisze, donosi, obnaża, sugeruje, konfabuluje, imputuje... etc. Jednak pytanie brzmi: ilu z tych ćwierkających równolegle słucha, odpowiada, reaguje czy wreszcie rozumuje pod wpływem innych twitterowiczów? Warto podkreślić, że według różnych badań nie więcej niż 10 proc. internautów udziela się na forach i blogach. Większość po prostu czyta, przegląda Internet (w tym social media). Wynika z tego, iż kwestia aktywnego udzielania się w mediach społecznościowych (mniej w przypadku FB, z pewnością zaś jeśli chodzi o mikroblogi, a więc także Twittera) stanowi potrzebę mniejszości – zapewne tej najbardziej interaktywnej, rozgadanej, rozpolitykowanej, asertywnej – można by powiedzieć – "liderującej". Jeśli tak, to czy Ci "liderzy" czytają siebie samych? Kiedy mówią wszyscy, kto słucha? Powszechność korzystania z Twittera przez przedstawicieli różnych warstw społecznych sprawia, iż dochodzi tak naprawdę do niekontrolowanej sterydyzacji dyskursu społecznego. Tematy oraz treści, które zajmują internautów, przyrastają codziennie w tempie logarytmicznym. Czy wszystko jest równie ważne? Zapewne nie. Kto pomoże tej większości biernych internautów wyselekcjonować to, co najważniejsze – to, od czego zależy funkcjonowanie nie tyle świata wirtualnego, co realnego – tego, który dotyka wszystkich, bez względu na to, czy tweetują, czy też nie.

Twitter a rola dziennikarzy

Dochodzimy tutaj do roli dziennikarzy. To oni mają nam pomagać. Dlatego wieszczenie upadku dziennikarstwa jest przedwczesne i Eryk Mistewicz w książce Anatomia władzy, w rozmowie z Michałem Karnowskim, myli się, kiedy mówi, że politycy niebawem w ogóle nie będą potrzebować dziennikarzy, bo właśnie będą omijać ich dzięki Twitterowi, obywatele zaś będą preferowali bezpośrednią relację z władzą. Dziennikarz winien pomagać odbiorcy zrozumieć to, co najważniejsze, ogarnąć natłok informacji – informacyjny chaos, który w momencie przekroczenia tysiąca osób obserwowanych na Twitterze jest dużym kłopotem dla właściciela takiego konta. W ciągu minuty Twitter wyświetla przed jego oczami od kilku do kilkunastu informacji – któż podoła takiemu wyzwaniu?

O czym tweetujemy? 

Warto w tym kontekście przytoczyć wyniki interdyscyplinarnego projektu badawczego pt. Kolektywne emocje w cyberprzestrzeni, finansowanego przez Unię Europejską w ramach 7. Programu Ramowego, którego przedmiotem jest rola i sposoby funkcjonowania kolektywnych emocji wśród użytkowników sieci. W przedsięwzięciu wzięło udział aż dziewięć instytucji naukowych i badawczych z sześciu różnych krajów Europy (Austrii, Szwajcarii, Niemiec, Słowenii, Wielkiej Brytanii i Polski). Skupiają one specjalistów z zakresu psychologii emocji, teorii sieci złożonych, fizyki statystycznej, sztucznej inteligencji i rzeczywistości wirtualnej. W świetle wyników dedykowanych polskim twitterowiczom okazuje się, że Polacy przede wszystkim ćwierkają o swoich emocjach, uczuciach, obawach i fascynacjach. Jest to więc narracja osobista, nierzadko ekspiacyjna. W raporcie czytamy: "70 proc. komentarzy zamieszczonych przez polskich internautów na Twitterze w 2012 roku miało zabarwienie emocjonalne. Choć większość z nich miała charakter pozytywny (67 proc.), to wpisy zawierające negatywne emocje były najmocniejsze. Towarzyszyły one przede wszystkim porażkom polskich sportowców, a najwięcej z nich wywołały rozgrywki podczas Euro 2012. Podobny wydźwięk miały wpisy towarzyszące przegranej Polaków w meczu z Rosją w ćwierćfinale turnieju siatkówki na igrzyskach w Londynie".

Okazuje się, że Twitter nie musi i nie jest raczej spełnieniem marzeń o dojrzałej, społeczno-politycznej agorze na miarę XXI wieku, na której mamy do czynienia – dzięki możliwościom, jakie dają nowe technologie – z realizowaniem ideału demokracji deliberatywnej Jürgena Habermasa [szerzej o raporcie].

Twitter – medium zwycięzców

Podsumowując, warto zauważyć, że Twitter w znacznej mierze wykorzystywany jest przez polityków do obwieszczania sukcesów, osiągnięć. W imię zasady "kto pierwszy, ten lepszy", splendor sukcesu dla tego, kto ogłasza wszem i wobec. Świetnie pokazuje to przykład ministra spraw zagranicznych – Radosława Sikorskiego – który nie mógł się powstrzymać i "ćwierknął", informując tym samym internautów oraz rynki finansowe, o tym, że minister skarbu będzie miał dla wszystkich Polaków dobrą wiadomość w związku z nowymi ustaleniami dotyczącymi ceny importowanego z Rosji gazu. Podobnie było z tweetem przewodniczącego KE, Hermana Van Rompuya, oraz rzecznika rządu, Pawła Grasia, cytującego smsa od premiera. Dlatego też Twitter świetnie rezonuje w pozostałych mediach, tzw. starych – prasie, radiu i telewizji. Nie sposób dzisiaj zajmować się polityką, nie śledząc kont przedstawcieli klasy politycznej na Twitterze. Jako właśnie medium zwycięstwa zyskuje na znaczeniu względem pozostałych mediów. Ostatni szczyt UE kapitalnie to pokazał. Zamiast organizować konferencję prasową w środku nocy i odpowiadać na szczegółowe pytania dziennikarzy, które mogłyby przykryć entuzjazm i komunikację sukcesu, wystarczy jeden wpis na Twitterze. Bez pytań, bez konferencji, ale z sukcesem, który można przypisać temu, który pierwszy o tym zaćwierkał. Wizerunkowo – same plusy, żadnych wad. Oto komunikacja polityczna 2.0 w czasach postpolityki. Zauważmy, że o sytuacjach trudnych, niewyjaśnionych, konfliktowych czy wprost porażkach i niepowodzeniach politycy nie ćwierkają. Dlaczego? Bo to niejednoznaczne, trudne w opisie, nie sposób wytłumaczyć tego w 140 znakach. Doskonale pokazuje to konto ministra transportu i infrastruktury – Sławomira Nowaka, któremu było niezwyle trudno przekonywać albo raczej tłumaczyć się z pomysłu utkania polskich dróg gęstą siecią fotoradarów. Co rusz pisał, że to nie jest takie jednoznaczne, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. To dobry przykład na to, jak nie powinno się korzystać z Twittera. Nie można pisać o ograniczeniach platformy mikroblogowej, z której się korzysta. Nie można pisać, że to nie miejsce, by o czymś poważnie porozmawiać. To tak jakby odcinać gałąź, na której się siedzi. Dlatego bez wątpienia Twittera kochają zwycięzcy, Ci którzy odnoszą sukcesy. W łatwy sposób mogą zakomunikować o nich całemu światu, a potem już tylko czekać na gratulacje i zachwyty. Tak właśnie było po szczycie Unii Europejskiej. Jestem pewien, że gdyby nie osiągnięto porozumienia, to ani Van Rompuy, ani Donald Tusk i Paweł Graś nie zaćwierkaliby o tym w środku nocy.

 Polecam materiał Magdaleny Karpińskiej z Panoramy (9.02.2013 r.)
poświęcony nowym formom komunikacji:
Twitter podczas szczytu Unii Europejskiej – szaleństwo tweetowania

Facebook Slider
Facebook Slider

Facebook Slider