Legenda o Justynie i złotej stopie

kowalczyk small

Kontuzji nie da się zaplanować i cieszyć się z niej ciężko, ale kiedy już się zdarzy, to może przejść do legendy. Zwłaszcza gdy bólem i łzami gwiazda obdarzy kibiców.

Dawno, dawno temu żelazna Justyna siłą woli i zastrzyków pokonała ból, strach i rywalki, zdobywając złoty medal olimpijski na rosyjskiej ziemi. Rywalki biegły, a Justyna frunęła. Nor-weżki walczyły, a Justyna zwyciężała. A potem żyła długo i szczęśliwie.

Zwycięstwo Justyny Kowalczyk było wspaniałe, ale gdyby nie złamana kość stopy, nie przeszłoby pewnie do legendy. Wygrać z rywalkami i z bólem – to kibice kochają najbardziej. Gdyby nie media społecznościowe, być może nikt by się o jej kontuzji nie dowiedział. Stworzyła opowieść o pokonywaniu bólu, o wytrwałości, uporze, harcie ducha i nadziei. A kiedy wygrała, opowieść z miejsca zamieniła się w legendę.

Podobno najważniejsze to opowiedzieć dobrą historię. Zdarzają się sportowcy, którzy wielkich osiągnięć nie mieli, ale to, co osiągnęli, umieli odpowiednio nazwać, sprzedać i zareklamować? Anna Kurnikowa nigdy nie była wielką tenisistką, a wykreowała się jako "najpiękniejsza z gwiazd tenisa" i zrobiła karierę w mediach znacznie większą niż powinna. Skoro inni mogą reklamować nic, to Kowalczyk mogła opowiedzieć o sobie i swoich problemach przed najważniejszą imprezą.

Polka, ujawniając swoją kontuzję, niczego nie ryzykowała, a po mistrzowsku udało jej się wykorzystać (nie wiem, czy świadomie) potęgę mediów społecznościowych. Gdyby nie zdobyła medalu w Soczi, kibice i dziennikarze mogliby ze zrozumieniem pokiwać głowami, no tak: z pechem nikt nie wygra. A jeśliby zwyciężyła, jak się ostatecznie stało, to napisała historię swojego zwycięstwa.

Przy okazji okazało się, jak wielką moc mają media społecznościowe. Z profilu Justyny na Facebooku informacja o kontuzjowanej stopie (jeszcze wtedy nie było wiadomo, czy to złamanie) natychmiast przedarła się do mediów. Kiedyś droga tej informacji nie byłaby tak szybka; kontuzję Justyna odniosła na zgrupowaniu w górach, gdy była odcięta od świata, od mediów.

Ciekawe, jaki wpływ na odbiór całej sytuacji przez kibiców, miało to, że najlepsza polska narciarka o kontuzji poinformowała na FB. Nie było żadnego stadium pośredniego między nią a kibicami, co potęgowało wrażenie, że mówi to właśnie im: patrzcie i bądźcie ze mną, pomóżcie mi i zrozumcie. Tak samo było wtedy, gdy pokazywała zdjęcie rentgenowskie już po pierwszym, niezbyt udanym, biegu.

Atakują mnie w mediach? Krytykują w telewizji? Nie będę się tam bronić. Zamieszczę zdjęcie i niech kibice sami ocenią. Tym zapewniła sobie status ofiary, której nikt nie rozumie. Nie wdawała się w kłótnie na wizji, tylko znów poszła do kibiców, zwierzyła się im w zaufaniu.

Czy Kowalczyk dobrze zrobiła, pisząc na Facebooku, czy może lepiej było poinformować na Twitterze? A może wybór portalu nie miał żadnego znaczenia? Jak napisał dr Gackowski: "Twitter to medium zwycięzców. Porażki i trudności są skomplikowane i trzeba je tłumaczyć". W 140 znakach ciężko to zrobić. Poza tym Facebook daje dużo większą możliwość opisania bohatera (na Twitterze informacje są szczątkowe), dzięki czemu zyskuje on bardziej ludzki wymiar. I wreszcie – last but not least – Facebook mocniej wiąże sympatię innych użytkowników niż Twitter. Tu się kogoś "lubi", a tam tylko "śledzi". Może to niewielka zmiana, ale niektórzy twierdzą, że to słowa tworzą rzeczywistość.

Media temat podchwyciły, bo przecież chyba nikt sobie nie wyobrażał, że będą milczeć w takiej sprawie. 2:0 dla Justyny. Ciąg dalszy wszyscy znają, powstała legenda. Pani Kowalczyk należy się drugi złoty medal.

O autorze

Majchrzyk


Łukasz Majchrzyk
 – 
dziennikarz portalu Polsatsport.pl, prawnik, zafascynowany tym, jak media 
oddziałują na sport i odwrotnie. Fan piłki nożnej, koszykówki, siatkówki. Współpracuje z tygodnikiem "Do Rzeczy" oraz dziennikiem "Rzeczpospolita".