Wszystkie powroty Kamila Stocha

Airport

Wrócili, zawsze wracają. Jedni po kryjomu, inni o czwartej nad ranem, jeszcze inni w blasku fleszy. Polscy olimpijczycy przybyli do kraju, ale który z nich wybrał najlepszą drogę?

Najwięcej zamieszania, paradoksalnie, było z Kamilem Stochem, który uciekł kibicom. Już w Soczi prosił – jeśli to możliwe – o odsunięcie w czasie wybuchu "stochomanii". I potem on i jego sztab robili wszystko, by skutecznie odciąć go od zamieszania w kraju. 

Embargo telefoniczne, zakaz mailowy, wreszcie powrót przez Zurych i potem czarterem do Polski, choć pierwotna informacja była taka, że ze Szwajcarii polscy skoczkowie przyjadą do Polski samochodami. 

Czy było to potrzebne, czy było uzasadnione? Z jednej strony Kamil Stoch ma przed sobą jeszcze zawody Pucharu Świata i chce się do nich dobrze przygotować, ale z drugiej – przecież i tak nie będzie go teraz w Polsce, właśnie z tego powodu. Jedyne, co mu groziło po powrocie, to góralska orkiestra, kilkanaście kamer, trochę kibiców i prośby o wywiad, których nie musiał spełnić.

Chyba zabrakło w jego otoczeniu chłodnej kalkulacji, co się opłaca. Wydarzenie medialne, a takim bez wątpienia były jego złote medale, musi wybrzmieć w przestrzeni społecznej. Według modelu Elihu Katza i Daniela Dayana domaga się celebracji, a jej zakończeniem byłoby przywitanie na lotnisku czy w rodzinnej miejscowości. Z tego powodu organizuje się przecież konferencje prasowe, na których w ciągu kilku godzin media mogą wypytać bohatera o wszystko, a potem dać mu spokój. Dziennikarze są na miejscu, wszystko jest skondensowane, a potem przychodzi czas na odpoczynek. 

Tak zrobili polscy tenisiści po powrocie z Wimbledonu (też w środku sezonu), tak zachował się Zbigniew Bródka (przed którym jeszcze mistrzostwa świata), tak z mundialu 1974 wracali polscy piłkarze – autobusem przez miasto. Lud miał igrzyska, wycelebrował, co było tego godne i rozszedł się do domów. Od dawna brakuje w Polskim Związku Narciarskim rzecznika prasowego, który wszystkie sprawy wziąłby w swoje ręce. Tam każdy zawodnik jest oddzielną planetą, z własną atmosferą i grawitacją. 

Jeżeli Kamil Stoch bał się tabloidów, to gubieniem tropów i tak nie uciszył ich ciekawości. Być może nie chce takiej celebry, to też jest możliwe, ale jeżeli na nią liczy po zakończeniu sezonu, to jestem ciekawy, jak ona wyjdzie. Czy uda się zwołać tłum na własne życzenie, w porze i miejscu dogodnym dla bohatera? Czy będzie nad świętowaniem unosiło się poczucie sztuczności? A co, jeśli Kamil Stoch nie zdobędzie Kryształowej Kuli za Puchar Świata? Czy będzie wtedy pretekst do świętowania? Jak to zachowanie wpłynie na jego wartość marketingową, na odbiór przez kibiców? Życzę mu, żeby nie odbiło się negatywnie, bo jak mało który ze sportowców jest wart tego, żeby mu dobrze życzyć. Woda sodowa mu nie grozi, ale szampan po powrocie mimo wszystko by się przydał.

O autorze

Majchrzyk


Łukasz Majchrzyk
 – 
dziennikarz portalu Polsatsport.pl, prawnik, zafascynowany tym, jak media 
oddziałują na sport i odwrotnie. Fan piłki nożnej, koszykówki, siatkówki. Współpracuje z tygodnikiem "Do Rzeczy" oraz dziennikiem "Rzeczpospolita".