Dlaczego kochamy amerykańskie seriale?

amerykanskie serialeTytuł jest nieco przejaskrawiony, ale mamy do czynienia z fenomenem. Dlaczego tak się dzieje? Wątek ten kilkakrotnie pojawiał się w ramach prowadzonych przeze mnie zajęć z zagranicznych systemów medialnych i luźnych rozmów ze znajomymi. Zdanie o Ameryce, Amerykanach mamy bardzo różne i opinii tyle, ilu rozmówców, ale tak się dziwnie składa, że ichniejsze produkcje znają praktycznie wszyscy. Niezależnie od grupy wiekowej, do której przynależą. Bonanza, MASH, Miami Vice, Beverly Hills 90210, Twin Peaks, Ally McBeal, Friends, The X-Files..., a to przecież wierzchołek góry lodowej i na dodatek "prehistoryczny", bo nie są to produkcje "pierwszej świeżości". Pytanie więc, dlaczego to wszystko oglądamy, jest w pełni uzasadnione.

Wydaje się, że czynników jest kilka:

Po pierwsze, amerykańskie produkcje są w większości kulturowo neutralne. Nie wiem, czy to dobre określenie, ale chodzi o to, że niezależnie od szerokości geograficznej możemy je bezpiecznie oglądać i rozumiemy przekaz, wiemy, o co w nich chodzi. Nie da się tego powiedzieć o dużej części produkcji europejskich czy np. o filmach hinduskich (Bollywood), osadzone są one bowiem w innych kodach kulturowych i mają znikomą moc oddziaływania na odbiorców w różnych zakątkach świata. Nie rozumiemy zachowań bohaterów, norm kierujących ich życiem, czasem drażni także forma.

Po drugie, to efekt skali. Seriale produkuje wielka czwórka sieci telewizyjnych, czyli ABC, CBS, Fox i NBC, oraz beniaminek – CW Network. Poza tym także HBO, która ostatnio zasłynęła produkcjami, takimi jak: Rzym czy Spartakus, oraz AMC Channel. Dodatkowo na rynku tym aktywni są – należący do CBS – ShowTime czy Netflix. Prawie każda z wymienionych firm corocznie startuje z kilkoma nowymi serialami. Jedne zdobywają popularność, inne znikają z anteny. Jest ich jednak tak wiele i są one tak zróżnicowane, że widzowie na całym świecie są tym zainteresowani.

Po trzecie, różnorodność w ofercie. Większość seriali do lat dziewięćdziesiątych była, mówiąc w skrócie, grzeczna. Dziś wygląda to za "Wielką Wodą" nieco inaczej. Kto w polskich warunkach i przyzwyczajony do rodzimych, odrealnionych produkcji (szpital w Leśnej Górze, warszawskie modne knajpy) wyobrazi sobie seriale o rodzinnym interesie rodziny Fisherów, czyli zakładzie pogrzebowym, ostro balujących doradcach podatkowych/finansowych à la House of Lies czy też o hordach zombie à la The Walking Dead, którego kolejny (czwarty) sezon właśnie startuje. Nie ma takiej opcji, takie produkcje w Polsce nie powstają i pewnie nie będą powstawać.

Nie są to zapewne wszystkie elementy warte wymienienia, ale to one najczęściej pojawiały się w dyskusjach. Jedni nazywają to Coca-kolonizacją czy makdonaldyzacją kultury, z drugiej strony wolę to – w postaci wspomnianego House of Lies czy House of Cards – od naszych rodzimych i "kultowych" seriali o lekarzach czy prawnikach, które w Stanach Zjednoczonych powstawały dziesięć lat temu.