Co mają wspólnego wybory, media i szamani?

szamaniKiedy mówimy, że śpiew szamana wywołuje deszcz, dobrze jest sprawdzić, czy wywołał ostatnie opady, ale także ile razy mu się nie udało. Oprócz tego – ile opadów było w ogóle niezwiązanych ze śpiewem szamana, a także ostatni przypadek – czy kiedy szaman nie śpiewa, deszcz nie pada?

Przełóżmy teraz śpiew szamana na polityków w mediach, mówiących o sfałszowanych wy-borach i wyniku wyborczym. W zależności od tego, czy uważamy, że wybory wygrał PiS czy koalicja, otrzymujemy szamana. Naszym deszczem jest wykryta liczba nieprawidłowości.

Zatem: czy kiedy politycy partii niezdobywających władzy (nasi szamani) mówią, że wybory są sfałszowane, liczba nieprawidłowości jest większa niż w ostatnich latach? Czy kiedy przegrani mówią, że wybory są w porządku, liczba nieprawidłowości jest mniejsza? Czy kiedy wygrywali w innych latach, liczba nieprawidłowości zgłaszanych/ stwierdzonych sądownie różniła się od obecnej?

Znana historia

Okazuje się, że to, co się teraz dzieje nad urną, zdarza się nam raz po raz od lat dziewięćdziesiątych. Niestety, nie znalazłem na stronach PKW zbiorczego zestawienia zgłoszonych nieprawidłowości. Możemy sobie jednak przypomnieć atmosferę sprzed paru miesięcy. Konferencja PKW po wyborach do PE, na której Stefan Jaworski mówił o tym, że już przed majowymi eurowyborami PKW spotkała się z "ogromną, agresywną krytyką” jednej z partii, która zarzucała, że komisja w sposób niedostateczny zabezpiecza uczciwość wyborów, co grozi masowym fałszowaniem wyników. Chodziło o "ruskie serwery", "moskiewskie szkolenie" i "komisję geriatryków". Wprowadzono alternatywne liczenie głosów, fotografowano protokoły głosowania w obwodzie.

Do Sądu Najwyższego, który stwierdził ważność wyborów do PE, wpłynęły 64 protesty wyborcze. Jeden z nich dotyczył cudu nad urną w Brukseli; w urnie w ambasadzie wyjęto o 98 głosów więcej niż wydano kart. W końcu śledztwo umorzono. Po wyborach samorządowych cztery lata temu do Lubelskiego Sądu Okręgowego wpłynęła blisko setka skarg wyborczych, w których domagano się powtórzenia wyborów, powołując się na różne nieprawidłowości. Sąd przyznał rację w czterech przypadkach, np. w sprawie wyborów burmistrza Łęcznej, kiedy w jednej z komisji wyborczych podczas drugiej tury wyborów źle policzono głosy, traktując jako nieważne część prawidłowo wypełnionych kart. Sąd nakazał powtórzenie liczenia głosów w tej komisji, natomiast ponowne pójscie do urn zafundowano części mieszkańców Woli Uhruskiej, gdzie na kartach do głosowania pojawiło się niewłaściwe pouczenie, z którego wynikało, że można głosować na dwóch radnych, a w rzeczywistosci można było na trzech.

Kiedy policzymy liczbę nieprawidłowości, zacznie nam się wyłaniać nieco inny obraz. Dziś – w świecie podawania wyników przez Google'a w ułamek sekundy – zapomnieliśmy, że poprzednio we wszystkich wyborach głosy liczono ręcznie. A jak pokazuje praktyka edukacyjna, rodzice ery excela nie są w stanie pomóc w liczeniu dzieciom w piątej klasie. Na byle zebraniu rady rodziców liczenie głosów w ciele dwudziestoosobowym może przyprawić o wściekłość.

Argumentacja na trzy głosy

Zobaczmy teraz, jak narracja o systemie, którą mają wyborcy, tworzy potoczne argumentacje oceniające wydarzenia wyborcze. 

Argumentacja pierwsza ma następującą formę:

  • Jeśli system jest skorumpowany i rządzący są na usługach obcych sił, to
  • można się spodziewać dużo nieprawidłowości w wyborach. 
  • Są nieprawidłowości w dużej liczbie.
  • System jest skorumpowany i rządzący są na usługach obcych sił.

Błąd tej argumentacji pozostawiam czytelnikowi; clue tkwi w przesłance drugiej, kiedy mówimy „dużo”. Dużo zależy od pierwszej przesłanki. Jeśli mamy ok. 200 tysięcy osób związanych z obsługą wyborów, ile nieprawidłowości to dużo? Tyle, ile trzeba do podtrzymania narracji, do jej samopotwierdzenia.

Druga argumentacja wygląda tak:

  • Rządzący są w komisjach wyborczych.
  • Jest dużo nieprawidłowości.
  • Nieprawidłowości oznaczają zafałszowane wyniki.
  • Fałszywe wyniki powodują, że wybory są sfałszowane.
  • Rządzący fałszują wybory.

W tej argumentacji, oprócz pewnej erystycznej sztuczki, mamy uogólnienie rządzących – wystarczy popatrzeć na dobór ludzi do komisji oraz na instytucję meżów zaufania. Okręgowe i rejonowe komisje składają się z sędziów, a obwodowe komisje składają się z przedstawicieli komitetów wyborczych biorących udział w wyborach. Ten demokratyczny skład oczywiście sprzyja brakowi synchronizacji, a nie sprzyja szybkości.

W efekcie mamy rozdźwięk między nami w komisjach i rządzącymi. Peerelowska narracja centralistyczna – wszystko zależne od partii, liczy się polityka krajowa – powoduje, że atak nastąpił do siedziby PKW, a nie tam, gdzie nieprawidłowości się stwierdza. Akurat, jak się okazuje, to nadrzędne organy wyborcze odsyłały protokoły do uzupełnienia albo z prośbą o poprawki rachunkowe, co przedłużało cała procedurę, bo komisje lokalne musiały się ponownie zbierać. A więc mimo że system się kontrolował (wyłapywał uchybienia), narracja o centralnym mózgu fałszującym za zasadne uznała atak na PKW. Tymczasem instytucje samorządowe były przygotowane na typową reakcję wyborców – i zamieszczały wzory protestów, które należy złożyć tak, by były ważne (www.samorzad.lex.pl/czytaj/-/artykul/reklamacja-na-niepra-widlowosci-w-rejestrze-wyborcow lub www.kj.org.pl/protest-wyborczy/), czy też poradnik mężów zaufania.

Jest jeszcze trzecia argumentacja – jak pisze jeden z nowych radnych:

„Trzeba będzie zażądać unieważnienia wyborów do sejmików. To, co wyczynił PSL (że o PKW nie wspomnę) to skandal. Na książeczce z Komitetami Wyborczymi nie było okładki. Od razu wyborca widział nazwiska. Z listy PSL (bo ona była "na okładce"). Wiele osób twierdzi, że były przekonane, iż to są wszystkie nazwiska kandydatów!"

Tym, którzy nie byli na wyborach (połowa rodaków), przypomnę, że poza miastami wyborcy otrzymali cztery karty do głosowania: biała – w wyborach do rad gmin, żółta – w wyborach do rad powiatu, niebieska – w wyborach do sejmików wojewódzkich i różowa – w wyborach wójta, burmistrza.

Argumentację nowo wybranego radnego można streścić następująco:

1. Wyborcy, idąc do wyborów, nie wiedzą na kogo głosować.
1a. Wyborcy nie wiedzą, że głosuje się na listy – wcześniej nie głosowali.
1b. Wyborcy nie są w stanie przeczytać, że pierwszy zestaw nazwisk to lista PSL. Generalnie słabo czytają.
2. Wyborcy zagłosowali na pierwszą listę.
Konkluzja: na wynik głosowania ma wpływ numer listy/forma książeczki.

2. Wyborcy, dostając książeczkę z listami komitetów, nie otwierają jej.
2a. Kiedy otwierają, głosują na nazwisko z każdej partii.
2b. Gdyby była okładka, wyborcy wiedzieliby, że to książeczka i zajrzeliby dalej w poszukiwaniu swojego kandydata.
Konkuzja: okładka zachęca do otwarcia i czytania dalej.

Trudno powiedzieć, czy obie konkluzje uwłaczają wyborcom, czy nie. Autor argumentacji zdaje się przekonywać, że gdyby kto inny był pierwszy w książeczce, to na niego by zagłosowano, lub też gdyby była okładka, to też by na kogo innego zagłosowano. Według mnie, patrząc na nasze czytelnictwo, okładka zniechęciłaby do otwierania książeczki i byłyby to głosy nieważne. Tak się dzieje już od podstawówki. Generalnie autor argumentacji uważa, że wyborcy umysłowo są niewydolni i nie wiedzą na kogo głosują – obawiam się tylko, że okładka tego nie zmieni.

Nieważne, bo dalekie?

Popatrzmy jeszcze na fenomen głosów nieważnych.

Jak piszą autorzy raportu Co nam powiedziały wybory samorządowe w 2010 roku, mamy podobną frekwencję (wówczas wynosiła 45,99 proc.), a najwięcej głosów nieważnych w 2006 i 2010 roku w wyborach samorządowych odnotowano w wyborach do sejmików wojewódzkich (ok. 12,1 proc.). W przypadku oddawania głosu na burmistrza wiadomo na kogo głosować. Radnego – jeśli działa albo jest sąsiadem – można jeszcze rozpoznać. Ludzie z sejmików są już problematyczni – za daleko od miejsca zamieszkania, za blisko żeby się pojawić w telewizji ogólnokrajowej. Takie sieroty medialne.

Tam, gdzie obowiązuje ordynacja proporcjonalna (do 20 tys. mieszkańców), w radach powiatów i sejmikach wojewódzkich, tam wyższe są odsetki głosów nieważnych do sejmiku.

Najczęściej przyczyną unieważniania kart wyborczych jest niepostawienie na karcie znaku „x”, czyli oddanie przez wyborcę pustej karty. Kategoria ta jest najliczniejsza  i w poprzednich wyborach w przypadku wyborów sejmików wojewódzkich i wynosiła ponad 70 proc. oddanych głosów nieważnych (w 2006 roku było to 76,58 proc., a w 2010 roku 71,92 proc. głosów nieważnych). W wyborach do sejmików w wielkopolskiem i mazowieckiem nieważnych było 20 proc. głosów. Ci, którzy głosują na komitety lokalne, dystansują się od krajowej polityki. Na wybory krajowe nie idą, bo po co. Tam, gdzie największa frekwencja do samorządu, bywa niższa w wyborach krajowych. Dlatego przy wójtach głosy są ważne, a przy kartach sejmikowych – kogóż to obchodzi, te wszystkie partie?

A może na liczbę głosów PSL wpływa to, że wybory samorządowe to coś innego? Tak jak kibice w rozgrywkach pucharowych kibicują Barcelonie, a w polskich – jakiemuś polskiemu klubowi? Bo, jak się okazuje, w poprzednich wyborach to, co tracił PiS w krajowych, zyskiwał PSL w samorządowych... Na przykład w Bielsku, w mazowieckiem, na kandydata PO oddano 1 ważny głos, a 174 nieważne (zbyt wiele krzyżyków na karcie). Na PSLowca – 349 głosów ważnych. Może więc trzeba mobilizować swój elektorat? Rozstaw głosów nieważnych w wyborach regionalnych można znaleźć w książce dr. Nikolskiego analizującej wybory sejmikowe z lat 1998–2006. Zawsze PSL jest w nich lepiej zorganizowany i jego kandydaci pozostają w sejmikach przez wiele kadencji  ich poparcie jest przynajmniej dwa razy większe w sejmikach niż w Sejmie.

Przy tym samorządy gminne w województwach pomorskich i zachodniopomorskich w gminach do 20 tys. mieszkańców są wśród tych o najniższym stopniu upartyjnienia (pomorskie do 15 proc., zachodniopomorskie do 15–19 proc.). Wyborcy nie znają kandydatów do sejmików i po prostu nie angażują się albo wybierają kogoś statecznego z wyglądu. Weźmy jeszcze jedna kwestię – nawoływanie do tego, by pójść na wybory i oddać głos nieważny. Taka propaganda obywa się np. na takich stronach:

Zdaniem Wiesławy Kiełpińskiej z Wojewódzkiej Komisji Wyborczej z Gdańska większość osób popełniła błąd, głosując na więcej niż jednego kandydata do sejmiku. W błąd wyborców mogły wprowadzić reklamy, w których zachęcano do stawiania jednego znaku na każdej karcie. Tymczasem zestaw do głosowania do sejmiku, ze względu na dużą liczbę komitetów, miał wiele kart. Wyborcy skreślali więc byle kogo, nie głosowali na żadną swoją listę i tak naprawdę głos taki można rzeczywiście uznać za nieważny.

Spójrzmy jeszcze na reklamy, które pomagają wyborcom postawić głos nieważny, instruując, jak to się robi:

postaw ptaszka

 

 

 

 

 

 

  

 

 


Tak więc im wyższy szczebel samorządu, tym większa anonimowość i tym większy brak zainteresowania. Obywatele nie interesują się polityką, nie rozumieją polityki w różnych sektorach, polityka jest pokazywana przez dziennikarzy w dwuminutowych materiałach jako starcie personalne i osobioste animozje, a nie jako realizowanie pewnych procedur. Jeśli wyborcy nie znoszą konfliktów, a rada działa przez dochodzenie do decyzji w wyniku ścierania się spolaryzowanych stanowisk, to wynik PSLu nawiązuje do przysłowia: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Wystarczy, że PSL dba o straż pożarną. Konkret nie do odparcia.

Maszyna niegodna zaufania

Ostatnia kwestia to nasza katastrofa informatyczna związana z liczeniem głosów i generowaniem protokołu. Wielu osobom marzyło się już oddawanie głosu przez FB. Ale marzycielom warto dać parę przykładów ze świata. Dwa lata temu rząd irlandzki zdecydował o zutylizowaniu kosztujących 54 mln euro maszyn do głosowania elektronicznego. Eksperci uznali, że maszyny nie dają gwarancji bezpieczeństwa, że można się do nich włamać i wtedy postulat tajnych wyborów nie jest realizowany. Z maszyn zrezygnowali Holendrzy. Ale niektórzy je wprowadzili. Piszą o tym na stronie 63 autorzy raportu Obywatele i wybory opublikowanego w zeszłym roku na portalu Masz głos:

Glosowanie elektroniczne

Jest niedobrze, ale to wcale nie źle. Wracając do naszego szamana, kraje, w których nie ma żadnych nieprawidłowości, nie wydają się funkcjonować demokratycznie. W krajach demokratycznych, w których obywatele zgłaszają nieprawidłowości, są one rozstrzygane przez odpowiednie organy (w naszym systemie – sądy). Kraje, w których na nieprawidłowości reaguje się powstaniem, powinny zmienić lektury w szkole.