Jak zostać wilkiem z Wall Street?

wilk

Makler zarabia zawsze. Wtedy, kiedy kupujesz akcje, i wtedy, kiedy je sprzedajesz. Bez względu na to, czy odnotujesz zysk czy stratę. To magia prowizji. Jedynym celem maklera jest więc to, abyś kupował/ sprzedawał jak najczęściej – był po prostu aktywnym inwestorem. Stąd specjalne zniżki w prowizji dla tzw. intradayowców, a więc tych, którzy przeprowadzają od kilku do nawet kilkudziesięciu transakcji na rynku w ciągu dnia. Jednakże nie wszyscy muszą być od razu maklerami. Bohaterowie filmów opisanych we wcześniejszym wpisie na blogu Emocje pod krawatem nie zaczynali od razu od sprzedaży akcji. Warto pamiętać, że to, co pozwala przede wszystkim zarabiać na rynku finansowym – nie będąc samemu inwestorem, lecz przede wszystkim doradcą czy też właśnie maklerem – to zaufanie. W jaki sposób się je zdobywa? Wynikami. Tak jak w wielu dziedzinach życia, zasada św. Mateusza w przypadku ekonomii działa jak nigdzie indziej. Kto ma dużo, będzie miał jeszcze więcej, a kto ma mało, i to mu zabiorą.

Jeśli jesteśmy w stanie przekonać innych do tego, że znamy przepis na sukces, a nasze zyski rosną w niezwykle szybkim tempie, to wcale nie trzeba więcej, aby osoby te były gotowe oddać nam oszczędności życia w zamian za nadzieję na wielką fortunę. Podam dwa proste mechanizmy – sposoby na budowanie zaufania, które bardzo łatwo mogą przerodzić się w świetny biznes. Ale co ważne – nie do końca jednak legalny biznes. Nadmienię, iż są to metody tak stare, jak stara jest giełda. Pamiętajmy bowiem, że to, co buduje magię Wall Street, to przekonanie ignorantów, że osoby operujące na parkietach giełdowych mają dostęp do wysublimowanych analiz i modeli oraz że rzeczywiście są w stanie przewidywać zwyżki i spadki na rynku finansowym.

Pierwszy przykład. Załóżmy, iż każdy z Was – czytelników tego bloga – jest subskrybentem newslettera, w którym co tydzień, przez ponad miesiąc, otrzymuje poprawne typy dotyczące zachowania polskiego indeksu największych spółek giełdowych WIG20. Warto wspomnieć, iż na ten indeks Giełda Papierów Wartościowych prowadzi kontrakty terminowe z mnożnikiem 10 zł i 20 zł (w innym wpisie wytłumaczę zasadę lewarowania i efektu dźwigni, tak dobrze widocznego na rynku derywatów). Pytanie: czy po tak skutecznym przewidywaniu zachowania indeksu WIG20 w ciągu ostatnich pięciu tygodni, zdecydowałbyś się odpłatnie zamówić rzeczony newsletter? Czy chciałbyś zostać subskrybentem newslettera, którego autorzy nie mylą się od pięciu tygodni z rzędu? Jeśli Twoja odpowiedź jest twierdząca, to zachęcam do dalszej lektury.

Cały pomysł na biznes jest dziecinnie prosty. Jedyną istotną zmienną jest liczba subskrybentów-inwestorów otrzymujących newsletter. Im większa, tym lepiej – tym większe zyski. Załóżmy, że dany biuletyn wysyłamy przez ostatnie pięć tygodni do grona 44 tysięcy subskrybentów – potencjalnych nabywców płatnego wydania. Do połowy z nich trafia informacja, w której przekonujemy, że w najbliższym tygodniu indeks WIG20 wzrośnie; do drugiej połowy – że zanotuje spadek. Niezależnie od tego, jak indeks rzeczywiście będzie kształtował się w danym tygodniu, 11 tysięcy subskrybentów otrzyma poprawne przewidywania. W kolejnym tygodniu ponownie wysyłamy newsletter, ale tylko do tych subskrybentów, którzy otrzymali trafną prognozę. I znów grono 11 tysięcy odbiorców dzielimy na pół i dokonujemy takiego samego zabiegu: w wiadomości do połowy obstawiamy wzrost, a do pozostałych spadek indeksu WIG20. Niezależnie od tego, co stanie się dalej, dla połowy subskrybentów będziemy znów tymi, którzy mieli rację – pomyślą, że po raz kolejny poprawnie przewidzieliśmy zachowanie kontraktów terminowych na WIG20. Cały mechanizm powtarzamy jeszcze trzy razy, koncentrując się zawsze na tych, do których trafił newsletter z właściwym przewidywaniem zachowania WIG-u 20. Po pięciu wysyłkach newslettera pozostanie 3250 odbiorców, którzy przez ostatnie pięć tygodni otrzymywali sprawdzajacą się informację o zachowaniu indeksu warszawskich blue chipsów. Wówczas wysyłamy do nich nowy rodzaj newslettera, w którym wspominamy o naszych imponujących osiągnięciach i oświadczamy, iż subskrybent nadal może otrzymywać rzeczone "skuteczne typy", jeśli wykupi abonament w wysokości 1000 złotych. Jeśli wszyscy odbiorcy zdecydują się zapłacić za biuletyn, otrzymamy kwotę 3 milionów 250 tysięcy złotych. Manipulacja jest w tym wypadku dość oczywista, jednak pociągnięcie do odpowiedzialności karnej takiej osoby byłoby istotnie trudne. Należałby bowiem wprost udowodnić autorowi newslettera, iż jego celem było oszukanie odbiorców, że działał w tym względzie z rozmysłem i premedytacją. Nie jest to wcale łatwa sprawa, gdyż autor biuletynu działa w tym wypadku jak uzdrowiciel, który przypisuje sobie wszelkie przypadkowe poprawy zdrowia. A przecież znachorowie nie są ścigani przez wymiar sprawiedliwości, prawda? Oczywiście stosuję tutaj przewrotną argumentację i logikę, chcę jednak pokazać, w jak łatwy sposób można stać się ofiarą oszustwa.


Drugi przykład. Wyobraźmy sobie, że od lat zajmujemy się doradztwem edukacyjnym. Chwalimy się, że posiadamy niezwykłe kompetencje i umiejętności wydatnego podniesienia szans kandydatów w dostaniu się na studia dzienne na Uczelni X. Oczywiście, w powyższym zdaniu ex silencio sugerujemy, iż mamy różnego rodzaju "dojścia", a nie tylko znamy określone formularze, kryteria, terminy czy procedury. Za naszą usługę pobieramy niemałą kwotę, bo aż 4000 zł, co równa się wysokości jednego czesnego. Jednocześnie w ofercie zaznaczamy, że w przypadku niedostania się na studia gwarantujemy zwrot pieniędzy. W taki oto sposób nabywcy naszych usług kupują wiarę w nasze kompetencje, umiejętności oraz znajomości, które mają się przełożyć na rozpoczęcie przez nich studiów. Na czym zaś polega nasze rzeczywiste działanie? Na niczym. Nie robimy absolutnie nic. Te osoby, które się dostaną, i tak by się dostały. Ci więc nie wrócą po pieniądze, gdyż będą przypisywać naszej "usłudze" swoje dostanie się na studia. Zgodnie z obietnicą zwracamy pieniądze tym, którzy się nie dostali. Zawsze będzie ich znacznie mniej, gdyż sztuka w tym biznesie polega na tym, że opłata za rzeczone "doradztwo edukacyjne" musi być na tyle wysoka, a działania reklamowe na tyle precyzyjne, że z naszych usług przede wszystkim skorzystają dobrzy uczniowie, a więc troskliwi i zamożni rodzice, których dzieci rzekomo potrzebują wsparcia.

Podsumowując, dwa wskazane powyższej biznesy są niczym innym jak oszustwami. Mogą podlegać karze, jeśli autor newslettera czy też szef firmy specjalizującej się w "doradztwie edukacyjnym" będzie prowadził swoją działalność w sposób nieroztropny. Opisanie ich tutaj ma na celu uczulenie czytelników na wszelkiego rodzaju przedsięwzięcia, które zdają się być niezwykle proste, logiczne, a nadto szczególnie zyskowne i to w krótkim czasie. Do tego nie wymagają z naszej strony niczego więcej, niż tylko wpłaty określonych środków. Czy świat finansów wygląda podobnie, jak w tych dwóch przykładach? I tak, i nie. Skala działań jest z pewnością znacznie większa.