Spowiedź - nowy gatunek medialny

armstrongKiedy dowiedziałem się o poruszającej rozmowie Oprah Winfrey z Lancem Armstrongiem, mistrzem mistrzów kolarstwa, w której ten ostatni wyznaje swoje winy, przyznaje się do kłamstw, obnaża pozorną wzniosłość sportowej rywalizacji, pomyślałem sobie – po co to jemu? W co gra Lance Armstrong? Po chwili przypomniałem sobie, że to wcale nie pierwsza tak głośna spowiedź medialna. Przed nim było już kilku wielkich. Co ich wszystkich łączy?

Wśród osób, które publicznie wyznały swoje grzechy za pośrednictwem mass mediów, znajdują się wybitni politycy (np. Bill Clinton, Richard Nixon, Anthony Weiner, Eliot Spitzer), sportowcy (np. Tiger Woods, Marion Jones czy właśnie Lance Armstrong), dziennikarze (np. David Letterman, Ray Gosling) oraz aktorzy (np. Mel Gibson, Kanye West, Michael Richards). W sieci można znaleźć nawet rankingi publicznych przeprosin  wyznań [vide: Top 10 celebrity apologies (confessions)]. Zajmijmy się politykami i sportowcami.

Politycy

Kiedy mówimy o publicznych przeprosinach i wyznaniach grzechów przez polityków, to od razu mamy przed oczyma zawstydzonego i skrępowanego Billa Clintona, z grymasem bezsilności i pogubienia na twarzy, który ostatecznie przyznał się do "nieodpowiednich relacji z Monicą Lewinsky" (ang. inappropriate relationship with Monica Lewinsky) [vide: zeznania oraz oświadczenie], oraz pocącego się, zdenerwowanego Richarda Nixona w rozmowie z Davidem Frostem m.in. o aferze Watergate [vide: fragmenty, Watergate oraz informacje o świetnym filmie fabularnym Frost/Nixon].

Clinton miał romans. Nie chciał się do niego przyznać. Sądził, że ma zbyt wiele do stracenia. Ponadto wierzył w to, że jest to jego prywatna sprawa. Wydawało mu się, iż nie ma ona najmniejszego wpływu na urząd, który sprawował. Podobnie uważała przychylna mu część opinii publicznej. Sytuacja zmieniła się diametralnie, kiedy śledczy wykazali, że Clinton kłamał, twierdząc kategorycznie, iż nie miał żadnych stosunków o charakterze seksulanym z Monicą Lewinsky. W tym momencie "afera rozporkowa" nabrała przyspieszenia. Nie pytano już o to, czy mężowi stanu przystoi zdradzać żonę. Mówiono natomiast, że Clinton  jako bezpośredni przełożony  miał wykorzystywać tę przewagę, dopuszczając się "niestosownych relacji" z 22-letnią asystentką. Sprawa przestała być postrzegana jako romans dwóch zauroczonych sobą osób z pracy, ale jako przejaw wykorzystywania podwładnej przez zwierzchnika. Kiedy wszystko wyszło na jaw, rozpętała się prawdziwa burza. Opinia publiczna zaczęła mieć poważne wątpliwości, czy kłamca może pełnić urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych? Czy możemy takiej osobie w ogóle ufać, w sytuacji gdy urząd ten wymaga zaufania i wiarygodności? Czy taki człowiek może stać na czele światowej potęgi? Te pytania sprawiły, podjęto względem Billa Clintona procedurę impeachmentu (postawienie w stan oskarżenia, umożliwiające pozbawienie urzędu oskarżonego przez Izbę Reprezentantów prezydenta USA). Ostatecznie utrzymano dwa oskarżenia o krzywoprzysięstwo oraz mataczenie.

W momencie kiedy Clinton dostrzegł, iż rzeczywiście pali mu się grunt pod nogami, wydał oświaczenie, w którym przyznał się, że kłamał i nadwyrężył zaufanie opinii publicznej. Przeprosił. Dokonał aktu skruchy. Na twarzy – w trakcie oświadczenia – można było dostrzec ubolewanie, niepewność, ale również ulgę i niedowierzanie, iż może wypowiedzieć nagłos to, co w ostatnich miesiącach odrzucał, twierdząc, iż rzeczywostość jest inna. Jak każda spowiedź – w tym również publiczna, zmediatyzowana spowiedź (za pośrednictwem mass mediów) – winna się zakończyć nie tylko obietnicą poprawy, ale również wybaczeniem przewin. Odpuszczeniem grzechów. Przez kogo? Przez opinię publiczną, a więc tych, których zaufanie zostało nadwyrężone. Nie chodzi w publicznej, medialnej spowiedzi o bliskich. To nie miejsce przecież na przepraszanie najbliższych, którym – za pewne – potrzebna jest w takim momencie cisza, spokój, izolacja, a nawet ucieczka.

Ta medialna spowiedź jest dla sympatyków. By nie przestali lubić, szanować, by jednak zdobyli się na zaufanie. Przecież każdy popełnia błędy. Każdy upada. Ważne jak się podnosi z kolan. Z drugiej zaś strony tego typu spowiedzi są dla przeciwników, oponentów. Szczere wyznanie win wytrąca konkurentom broń z dłoni. Przecież nie bije się leżącego. Można byłoby odwołać się do nowotestamentowej (utrzymując konwencje i poetykę spowiedzi) prawdy "kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień". Oczywiście, warunkiem niezbędnym jest konsekwentna, szczera, niezwykle krytyczna i surowa ocena samego siebie, swojego zachowania. A więc skrucha. Manifestacja słabości i bezsilności. Jeśli tego, nie ma – trudno mówić o wybaczeniu, trudno budować na zgliszczach zaufania publicznego nowy wizerunek.

Czy Amerykanie uwierzyli Clintonowi? Z pewnością. Im dalej od "afery rozporkowej", tym większa popularność 42. prezydenta USA. Jest bliskim doradcą prezydenta Obamy. Pozostał mężem Hilary Clinton – popularnej i niezwykle dobrze ocenianej sekretarz stanów USA w czasie pierwszej kadencji Baracka Obamy. Podczas tegorocznego rozdania Złotych Globów środowisko filmowe przez kilka minut wiwatowało, gdy na scenę wszedł Bill Clinton. Ten wyraźnie poruszony ciepłym przyjęciem nie wiedział za bardzo jak się zachować. Cały czas klaszczą. Nie chcą przestać. To z pewnością jest budujące dla osoby, która również boryka się z poważną chorobą. Wyraźnie widać, iż w przypadku Billa Clintona medialna spowiedź stałą się publicznym katharsis. Nie tylko dla samego zainteresowanego, ale również dla opinii publicznej, która była w stanie wybaczyć Clintonowi bardzo wiele. Dlaczego? Bo każdy może popłenić błąd i nie może to przekreślać jego całego życia i osiągnięć.

W przypadku Richarda Nixona sprawa jest bardziej złożona. Nie było bowiem tutaj mowy o incydencie, ale o zaplanowanej, z premedytacją realizowanej polityce, mającej na celę reelekcję prezydenta Nixona. Kosztem poważnego naruszenia standardów demokratycznych. Ponadto Richard Nixon - co świetnie pokazują rozmowy Frost/Nixon – do końca swoich dni miał ogromny kłopot z jednoznacznym przyznaniem się do błędu, do postawy zasługującej na potępienie. Nixon sądził, iż naprawdę robi dobrze. Był przekonany, iż robi to w słusznej sprawie - w imieniu i dla Amerykanów. Mąż stanu, który wie dokładnie czego potrzebują jego współobywatele, nawet jeśli Ci uważają inaczej, nawet jeśli Ci sądzą, iż demokratyczne procedury są wartością autoteliczną, bezwzględnie konieczną do dobrego funkcjonowania państwa (w imię makiawelicznej zasady: cel uświęca środki). Słynny kilkucześciowy wywiad Davida Frosta z Richardem Nixonem kapitalnie podsumował cały okres prezydentury, na której silne piętno odcinął również sam Henry Kissinger, uznawany za wyróżniającą się postać świata polityki XX wieku.

Afera Watergate była jednym z kolejnych wątków długiego wywiadu Frosta z Nixonem. 37. prezydent Stanów Zjednoczonych był świetnie przygotowany do tej rozmowy – zarówno merytorycznie, jak i retorycznie. Świetnie zbijał niewygodne pytania Frosta. Na każdym kroku manifestował swoją przewagę. Do czasu. W pewnym momencie coś w Nixonie pękło (zob. fragment). Zaczął się pocić. Został wyprowadzony z równowagi. Te sekundy, ten ścisk w gardle, kropelki potu pod nosem Nixona, starannie dotychczas wycierane aksamitną chusteczką, były najsłynniejszymi chwilami tego kapitalnego wywiadu brytyjskiego prezentera z byłym prezydentem najpotężniejszego kraju na świecie. Wtedy właśnie Nixon przyznał, że możliwe, iż się mylił, że jest mu przykro, nie tylko za aferę Watergate, ale również za to, co się wydarzyło w Kambodży. To było wyznanie.

To była spowiedź. Spowiedź na jaką było stać Richarda Nixona, który nigdy nie zwykł cofać ciosów, robić kroków wstecz. Właśnie dlatego wielu historyków i politologów nazywało jego politykę – polityką bez wartości, nieetyczną, polityką czystego pragmatyzmu. W momencie kiedy Nixon, cedząc każde słowo, przyznał się do błędów, przeprosił, widać było na jego zmęczonym obliczu ulgę. Jakby ktoś zdjął z jego barków ten nie do końca – w jego mniemaniu – zasłużony krzyż. Przyznał, że zawiódł przyjaciół, kraj, obywateli. Znów efekt katharsis – oczyszczenia, jednak pod określonymi warunkami, zastrzeżeniami (Nixon akcentował fakt dobrowolnego ustąpienia). Nie było to bowiem tak kompletne i całkowite przyznanie się do winy, jak w przypadku np. Billa Clintona. Czy jednak opinia publiczna przebaczyła Nixonowi? Raczej nie. Od lat Bill Clinton zajmuje 23. pozycją wg "The Times" w rankingu najlepszych prezydentów USA, zaś Richard Nixon – dalekie 42. miejsce (zob.).

Sportowcy

Przejdźmy do sportowców. Pierwszy przypadek - Tiger Woods. Seksoholik. Nałogowy kłamca. Okłamywał wszystkich. Słono zapłacił za wyjście na jaw jego rozwiązłości oraz niewierności. Niemal wszyscy sponsorzy odwrócili się od niego w ciągu jednego tygodnia. Dopiero po tym fakcie zdecydował się na dramatyczną konferencję (zob.), podczas której łamiącym się głosem, ustami w podkówkę i przymrużonymi oczami wyznał, że okłamywał żonę, rodzinę, sponsorów, fanów i wreszcie – samego siebie. Jak mantra powracały słowa "wrong", "egoism", "fullish" i oczywiście "full responsibility". Było to wyznanie totalne. Przyznanie się do wszystkich zarzutów. Surowa ocena samego siebie. Skrucha i przeprosiny. Mocne postanowienie poprawy – oświadczył, że rozpoczał terapię.

To, czego nie mogli znieść fani oraz cała opinia publiczna to wyczekiwanie na ustosunkowanie się Woodsa do stawianych mu zarzutów – do samego skandalu. Dopiero, gdy golfista "odczuł portfelem" skalę, zakres i moc skandalu, zdecydował się zwołać konferencję prasową (schemat skandalu zob. J.B. Thompson, Skandal polityczny. Władza i jawność w epoce medialnej). I znów zadziałał efekt katharsis. Dzisiaj mass media śledzą w jaki sposób Woods dochodzi do siebie, jak przebiega terapia, jak wraca na pola golfowe i jak niesamowicie w dalszym ciągu gra. No i najważniejsze – zwycięża. Sponsorzy wracają. Można więc rzecz, że uzyskał rozgrzeszenie. Z pewnością jego wizerunek jest silniejszy. Nie skandalem, lecz skruchą, właśnie wyznaniem win w mass mediach - zmediatyzowaną spowiedzią przed milionami widzów.

Drugia przykład – Marion Jones. Legendarna sprinterka. W tej historii nie ma jednak happy endu – w przeciwieństwie do Tiger Woodsa. Jones zostałą oskarżona o doping. Konsekwetnie zaprzeczała. Poprzez analizę jej prywatnej korespondencji udowodniono jej zażywanie niedozwolonych środków. Odebrano wszyskie laury z mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich. Wreszcie w październiku 2007 roku Jones przyznała się nie tylko do zarzywania niedozwolonych środków, ale również do krzywoprzysięstwa. Oprócz odebrania wszystkich tytułów, medali, rekordów oraz nagród Marion Jones została skazana na pół roku więzienia. Wyrok został wykonany. Histeryczne wyznanie grzechów na konfernecji prasowej, ze łzami w oczach i drżącym głosem przeszło do historii jako jeden z najbardziej jaskrawych przykładów upadku wielkich, legendarnych sportowców (zob.) Jones powróciła później do gry w koszykówkę. Zagrała nawet w profesjonalnej lidze WNBA. Jednak po 1,5 roku gry została zwolniona. I znów powtórzył się schemat. Konsekwentne, uporczywe zaprzeczanie. Pewność własnego zdania – nie zażywałam środków dopingowych. Nadwyrężenie zaufania fanów i sympatyków lekkiej atletyki do granic wytrzymałości. Wreszcie pęknięcie. Niezbite dowody. Groźba więzienia. Konferencja prasowa. Wyznanie. Medialna spowiedź. Jednak w tym wypadku było już za późno. Przyznanie się do uporczywego kłamstwa oraz składania fałszywych zeznań przyszło za późno. Marion Jones po skazaniu wpadła w medialny i sportowy niebyt. Powrót do koszykówki należy uznać za ogromny sukces. Ślad niesamowitej determinacji, której sprinterce nigdy nie brakowło - również w latach zażywania dopingu.

Wreszcie. Trzeci. Ostatni przypadek. Ostatni. Legendarny Lance Armstrong. Jeden z największych w panteonie legend światowego sportu. Mistrz. Przykład. Autorytet. Bohater zwycięzkiej potyczki z nowotworem. Człowiek dający nadziej i przykład. Oskarżenie o doping wstrzymało oddech całego świata. Konsekwentne, uporczywe twierdzenie Armstronga, iż nie zażywał zabronionych środków poddawało w wątpliwość nie tylko procedury sprawdzające, ale również autorytet samej Amerykańskiego Agencji Antyopingowej (USADA). W imie zasady: wszyscy, ale nie Lance Armstrong! On nie jest tylko kolarzem. On nie jest tylko mistrzem. On jest kimś więcej dla wielu milionów ludzi na całym świecie. Prawda okazała się jednak bardziej brutalna. Agencje antydopingowe konsekwetnie twierdziły, iż w niemal wszystkich wyścigach, w których brał udział Amerykanin, zażywał doping. Był pod wpływem niedozwolonych środków. Im bardziej pewne były wnioski i sprawozdania agencji, tym bardziej Lance Armstrong zaprzeczał. Do czasu. W końcu 2012 roku gruchnęła w sieci oraz w mediach mainstreamowych informacja, iż znana dziennikarka Oprah Winfrey przeprowadzi ponad godzinny wywiad – twarzą w twarz – z Lancem Armstrongiem na temat jego kariery oraz zarzutów o doping. Mało tego, mistrz przyzna się do stosowania dopingu (!). Ta informacja rozgrzała do czerwoności fanów kolarstwa i nie tylko. Dziennikarzy, polityków oraz biznesmenów. Wszyscy zadawali sobie pytanie – jak to możliwe? Czy człowiek jest w stanie unieść przez tak długi czas ciężar kłamstwa i zaprzeczać wszystkiemu i wszędzie? Te dylematy oczywiście wzbudziły ogromne zainteresowanie wokół wywiadu Winfrey. Niektóre media spekulaowały jak będzie wyglądała "spowiedź Armstronga". O co gra? O co walczy tym razem? Bo przecież nie o dobre imię (zob.).

W samym wywiadzie (zob.: cz. 1 i cz. 2) Lance Armstrong powielił prezentowany powyżej schemat. Przepraszał. Przypisywał sobie całą winę. Jednakże w niektórych momentach niuansował wątki, poddawał je w wątpliwość, sugerował, iż "doping" to nie tylko jego problem, to problem wielu innych kolarzy i sportowców. Zaraz po takiej deklaracji czynił jednak – retorycznie rozsądny, również z perspektywy przyjętej konwencji spowiedzi – krok wstecz – "ale nie chcę mówić o innych". Deklarował, że pełną odpowiedzialność bierze na siebie. Warto również zwrócić uwagę na to, jak wyglądał Armstrong. Jak się prezentował. Jak siedział. Co robił z dłońmi. Jak reagowała jego twarz na pytania zadawane przez Oprahę.

Warto nadmienić, iż dziennikarka była w tym wywiadzie bardzo precyzyjna, racjonalna, stroniła od emocjonalizacji. Ciszą - milczeniem – uspokajała narrację. Nie współczuła wprost, nie trzymała za rękę. Była życzliwa, jednak nie stronnicza. Widać była, iż jest naprawdę dobrze przygotowana do wywiadu. Ma zdanie na ten temat, jednak nie o nie tutaj chodziło. Chciała by każdy widz wyrobil je sobie sam. Zwłaszcza, że ten wywiad nie był tylko o Armstrongu i kolarstwie. Był o człowieku, znanym, lubianym, nazywanym legedną kolarstwa, który miał wszystko, pieniądze, sławę, szacunek. A teraz upada. Wszystko legła w gruzach, bo wreszcie powiedział prawdę. Wreszczie wyznał, że jego niemal całe życie było jedną wielką mistyfikacją, przekreślając również swoją działalność na polu społecznym i komercyjnym (np. Livestrong).

Lance Armstrong podczas wywiadu siedzi pewnie. Ma nogę założoną na nogę. Kostka jego prawej nogi spoczywa na zgiętym kolanie drugiej. Ręce swobodnie spoczywają wzdłuż tułowia. Są rozluźnone. W łatwy sposób nimi gestykuluje. Mowa jego ciała robi wrażenie, jakby nie przeczuwała, co ma zaraz się stać. Jakby nie była "świadoma" konsekwencji deklaracji, jakie składa w tym wywiadzie-spowiedzi Armstrong. To nastręcza wątpliwości. Budzi dystans widza. Pojawia się podejrzliwość – czy i tym razem nie kłamie? O co gra? W sukurs tym spostrzeżeniom idzie wyraz twarzy, mimika. Sposób reagowania na pytania Winfrey. Momentami kamienna. Mruży oczy, gdy odpowiada, szukając w pamięci konkretnych dat, zdarzeń, wspomnień oraz deklaracji. Niczym aktor odgrywający swoją rolę. Nie poci się. Jednakże nieustannie, nienaturalnie pociera rękoma swoją twarz – czoło oraz policzki. Tak jakby chciał w sposób mechaniczny wywołać podrażnienie, albo lepiej – zaczerwienienie. Jakby chciał nadać swojemu wyglądowi wrażenie bardziej dramatycznego. Sposob opierania palców o twarz, o usta. Tak zachowuje się osoba, która nie mówi o sobie, ale która mówi o kimś innym. Można odnieść wrażenie jak byśmy rozmawiali z wcale nie z Lancem Armstrongiem, ale z jakimś alter ego Lance'a Armstronga, które jest w stanie wyekstrahować się z danego problem, nabrać dystansu i mówić o tym, tak jakby go to nie dotyczyło. I tak przez prawie godzinę. Przez prawie cały wywiad. Tylko w jednym miejscu mowa ciała ulega zmianie. Głos się załamuje. Oczy zaczynają w sposób naturalny drgać. Dostrzegalna jest akamodacja oczu, chcących odrzucić od siebie niemiłe wrażenie przywoływanych wspomnień. To moment kiedy quasi-mistrz mówi o swoich dzieciach. Jak go wytrwale bronił. Kiedy przyznaje, że broniły nie prawdy, ale kłamstwa. Broniły ojca-kłamcę, oszusta. Drży mu głos wtedy, kiedy relacjonuje dramatyczną rozmowę z dziećmy o tym, by przestały go publicznie bronić. Uświadamia sobie wtedy, że tak naprawdę poprosił dzieci o to, by nie patrzyły na niego jak na bohatera, na autorytet, na osobą, której można zawsze ufać, we wszystko wierzyć. Uświadomienie sobie faktu życia w kłamstwie i oszustwie w oczach własnych dzieci musi porażać. Armstrong nie jest wobec tego obojętny. To był – w moim odczuciu – najbardziej prawdziwy, naturalny, osobisty moment. Tutaj zobaczyliśmy Armstronga odmienionego. Był on jednak taki tylko na moment. Zaraz potem powrócił Armstrong – gracz, zdystansowany, racjonalny, powiedzialibyśmy "chłodny" – kalkulujący

Te dwie obserwowane w wywiadzie perspektywy każą sądzić, iż w przypadku tego wywiadu mieliśmy skalkulowaną, przygotowaną (retorycznie oraz aktorsko) grę o własne, zapewne przede wszystkim, komercyjne być albo nie być. Chodzi oczywiście o sponsorów. O majątek. Nagrody. Raczej nie o tytuły. Chociaż tego nie sposób przesądzić, gdyż Armstrong twierdził między wierszami, że gdy on jeździł na dopingu, to inne drużyny również. Próbował sugerować, że skoro "wszyscy brali" to tak naprawdę warunki konkurencji były takie same dla wszystki, a on i tak był lepszy - tak więc wniosek z tego taki: na dopingu jestem najlepszy, bo też i wszyscy inni są na dopingu - gdybym nie był na dopingu, a świat byłby lepszy i wszyscy inni też nie byliby na dopingu, to zapewne też byłbym najlepszy. Jest to dosyć pokrętna, sofistyczna, nie wprost zbudowana perswazja, która może być skuteczna i która przez część dziennikarzy (również w Polsce) została przyjęta. Ergo - Lance Armstrong i tak był najlepszy, bo jeździł najszybciej. Fakt , że na dopingu, ale wtedy zapewne wszystkie liczące się ekipy jeździły po EPO.

Warto zadać pytanie jaki będzie finał tej historii? Nie ulega wątpliwości, że Amrstrong wywiadem u Winfrey stara się ratować to, co mu pozostało. Chce zejść ze sceny sam, póki jeszcze może. Nie chce zostać zniesiony – tak jak Marion Jones. Dostrzegł – w czas – że brnięcie w kłamstwo, odpieranie zarzutów o doping na dłuższą metę nie ma sensu. Może go kompletnie pogrążyć. Nikt się za nim nie wstawił i nie wstawi. Wszyscy schowali głowę w piasek. Dostrzegł, że prawdopodobnie ma być przykładowym, spektakularnie ukaranym kozłem ofiarnym – upadającą gwiazdą i legendą – przestrogą dla całego kolarstwa, ale również i dla innych sportów, w których – nie ma co ukrywać – doping jest stosowany. Agencje jednak walczą o to, by nie był powszechny i by dwukrotnie pomyśleli najlepsi czy, aby na pewno nie chcą przechodzić takiej gehenny jak Armstrong czy Jones. Słowem – ocknął się w porę. Czy ta spowiedź medialna przyniesie pozytywny finał i zobaczymy jeszcze Armstronga w chwale? Wątpię. Fani, dziennikarze, sympatycy i reszta sportowców sceptycznie odebrała wywiad. Uznano to za medialny spektakl. Grę. Walkę o resztki, tego, co zostało ze sławy i legendy "starego" Lance'a Armstronga. Wydaje się więc, iż nie będzie wybaczenia, bo też nie było surowej krytyki własnej osoby, było przyznanie się do pełnej odpowiedzialności, jednak nie było jednoznacznego aktu żalu. Armstrong stwierdził, iż nigdy nie czuł, że robi coś złego. W sposób, jaki o tym mówił podczas wywiadu z Winfrey może sugerować, że nawet podczas spowiedzi medialnej nie był do końca przekonany o tym, że źle postępował. Pewny był jednego i tego z pewnością żałował - że go przyłapano, że to akurat jego wskazano jako winnego, jego pozbawiono tytułów i zaszczytów. I tutaj tak naprawdę skrywana jest motywacja stworzenia spektaklu dla milionów ludzi. Niestety – Armstrong "nowy" "medialnie wyspowiadany" nie jest bynajmniej atrakcyjniejszy, niż ten stary, legendarny, na dopingu (tym bardziej, iż w sieci krążą plotki o kilkudziesięciomilionowym wynagrodzeniu, jakie miała zapłaci Winfrey Armstrongowi – nie są to bynajmniej potwierdzone rewelacje).

Podsumowując, powyższe przykłady pokazują, iż we współczesnych mass media na dobre zagościł nowy gatunek medialny. Mianowcie, spowiedź medialna. Wyznanie. Coś na kształt XXI-wiecznych, augustiańskich, zmediatyzowanych Confessiones

Spowiadającym jest opinia publiczna reprezentowana przez dziennikarzy na konferencji prasowej lub też przez dziennikarza/dziennikarkę przepytującą spowiadającego się w zaaranżowanym studiu.

Bohater gatunku ma na celu wyznanie win. Poniesienie odpowiedzialności wizerunkowej. Zobowiązanie do poprawy oraz liczenie na łaskawość opinii publicznej. Typowy schemat efektu katharsis.

Warto pamiętać, iż ten efekt, dzięki szczerości oraz surowości względem własnej osoby wyznającego grzech udziela się również opinii publicznej. Dzięki czemu dochodzi do oczyszczenia atmosfery. Rozładowania niepewności. Napięcia.

Po takim wizerunkowym trzęsieniu ziemi bohater, na zgliszczach starego, rozsypanego wizeurnku, może budować nowy obraz – wsparty nie tyle własną wiarygodnością, ale szczerością własnego wyznania. Na tym budować nowo zdobyte zaufanie opinii publicznej.

Wydaje się, że w dobie cyfryzacji, nieustannego podglądactwa, łatwości utrwalania fonii i obrazu, tego typu zjawiska medialne, mające formę spektaklu, będą coraz częściej obecne – przykuwać uwagę milionowych widowni – w mediach masowych. Będą coraz popularniejsze. Dlatego, że odbiorców interesują ich idole, a ci nie są doskonali, mimo, że za takich niejednokrotnie uchodzą, a ich sponsorzy chcą, aby takimi byli – dla marek, które reprezentują i które ocieplają swoim blaskiem.

Polecam poniższy artykuł traktujący o dopingu
w sporcie i o świecie "po spowiedzi Armstronga":
Łukasz Majchrzyk, "W Sieci", 28 stycznia–3 lutego 2013 roku

Po spowiedzi Lance Armstronga - W Sieci

Facebook Slider
Facebook Slider

Facebook Slider